Aleteia logoAleteia logoAleteia
sobota 02/03/2024 |
Aleteia logo
Pod lupą
separateurCreated with Sketch.

Ocalili przed rzezią 20 tys. chrześcijan. Sto lat później chrześcijanie z Polski niosą pomoc im [nasz wywiad]

Fundacja Orla Straż

fot. Fundacja Orla Straż (@orlastraz ) | Instagram

Karol Wojteczek - 18.01.23

„Podczas okupacji Mosulu islamiści z ISIS spalili żywcem dziewiętnaście jezydzkich dziewcząt. Zastanawiałem się, jak to możliwe, że takie rzeczy dzieją się w XXI wieku, a świat nie reaguje. Postanowiłem, że tym, który coś zrobi, będę ja” – mówi Dawid Czyż z fundacji Orla Straż.

W jednym z pierwszych komunikatów, na jakie natrafiłem na Waszej stronie, przeczytałem, że póki co nie kierunkujecie Waszej pomocy w stronę Ukrainy; że na to przyjdzie czas, gdy kurz bitewny opadnie, a obiektywy kamer zwrócą się w innym kierunku…

Poniekąd tak. Rzeczywiście, na samym początku rosyjskiej inwazji zajęliśmy tego rodzaju stanowisko. Później jednak pewien przedsiębiorca, prowadzący popularny kanał na YouTube związany z finansami, zorganizował zrzutkę na portalu zbiórkowym. I chciał, abyśmy to akurat my spożytkowali zebrane środki na pomoc humanitarną na Ukrainie w takim modelu, w jakim świadczymy ją w Iraku. Znaczna część płynącego wsparcia ogniskowała się wówczas wokół uchodźców, wspomniany człowiek chciał natomiast zrobić coś dla tych, którzy w napadniętym kraju pozostali. W chwili obecnej realizujemy na Ukrainie m.in. wymianę zniszczonych dachów, ale też zakup środków pierwszej potrzeby.

Przede wszystkim jednak mamy świadomość, że jest w Polsce wiele organizacji, większych od nas i prężnie działających, które są w stanie zaopiekować się ofiarami toczonej po sąsiedzku wojny. Nie ma więc potrzeby, abyśmy i my, ze swoimi relatywnie niewielkimi możliwościami, angażowali się w tym kierunku. Musielibyśmy wówczas dokonać wyboru: pomagać dalej ludziom, którym pomagamy od lat, albo zostawić ich i wykonać obrót o 180 stopni.

Z myślą o nich właśnie pozwoliłem sobie na tego rodzaju wstęp. Czy rzeczywiście jest tak, że ta ludność Syrii i Iraku po pokonaniu ISIS, po skierowaniu obiektywów kamer w inną stronę, została pozostawiona sama sobie?

Zanim odpowiem, pozwolę sobie na pewną dygresję. Zwycięstwo nad ISIS zostało szumnie ogłoszone przez amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa, ale ISIS nigdy nie było krajem w naszym zachodnim rozumieniu. Zwycięstwo nad tym tworem miało charakter terytorialny, ale nie oznacza to, że islamiści zniknęli. Nadal zdarzają się zamachy, porwania, zabójstwa. W jakimś sensie przypomina to „pospolitą” przestępczość, tyle że na większą skalę. W górach irackiego Kurdystanu pod kontrolą islamistów w dalszym ciągu pozostają całe wioski. To nie jest tak, że przeszli oni do partyzantki i ukrywają się w jaskiniach. Są regiony kraju, nad którymi nie ma kontroli ani rząd iracki, ani syryjski, ani kurdyjski. Nie można więc mówić o powrocie do statusu quo sprzed pojawienia się ISIS.

View this post on Instagram

A post shared by Eaglewatch (@orlastraz)

ISIS znienawidziło ich bardziej niż chrześcijan

Wy swoją pomoc kierujecie przede wszystkim w stronę irackich chrześcijan oraz Jezydów. Dlaczego akurat te dwie społeczności znalazły się na celowniku islamistów?

Tych grup, przeciw którym ISIS skierowało swoje ostrze, było więcej. W zasadzie zwracali się oni przeciwko wszystkim mniejszościom, które uznali za heretyckie, w tym np. szyitom. Podkreślmy też, że przed 2014 r. poszczególne społeczności na ogół koncentrowały się na określonych terytoriach. Mieliśmy w Iraku miasta muzułmańskie, miasta chrześcijańskie, miasta kurdyjskie czy miasta jezydzkie. Przy czym nie dotyczy to największych aglomeracji, gdzie w poszukiwaniu pracy ściągają ludzie ze wszystkich regionów kraju.

Chrześcijanie z islamskimi fundamentalistami od zawsze mieli nie po drodze. Gdy w 2014 r. ISIS obległo ich miasta, wyznawcy Chrystusa dostali początkowo wybór. Mieli trzy dni, by wykupić się i wyjechać, wywożąc tyle, ile zdołają unieść. Mogli też oczywiście przejść na islam. Szybko jednak ta islamistyczna okupacja przerodziła się w terror. Dżihadyści mordowali miejskie elity, duchownych, porywali kobiety, a uchodźcom zabierać zaczęli cały dobytek. Plądrowali dom po domu i sklep po sklepie.

Jakkolwiek to zabrzmi, chrześcijanie i tak mieli w tej sytuacji więcej szczęścia niż Jezydzi. Mieli bowiem szansę na wykup. Jezydów ISIS uznawało za całkowitych niewiernych.

Przypomnijmy może krótko naszym czytelnikom, kim są Jezydzi…

Jezydzi to zamieszkująca pogranicze Iraku, Syrii i Turcji grupa społeczna i religijna. Można w zasadzie powiedzieć, że to odrębny naród, posiada bowiem wszystkie cechy narodu: własne terytorium, kulturę, język, historię, tradycję, religię. Społeczność ta do dziś uchodzi za bardzo tajemniczą. Przez wiele lat żyła bowiem w górach, nie dopuszczając do siebie innych grup. Z tego też powodu narosło wokół Jezydów wiele mitów. Wyznają oni synkretyczną, monoteistyczną religię, łączącą w sobie elementy chrześcijaństwa, judaizmu i wierzeń lokalnych. W jednej ze swoich głównych świątyń mają np. malowidło przedstawiające Arkę Noego. Na pewno nazwałbym ich świadkami wydarzeń biblijnych.

Dlaczego w takim razie ISIS znienawidziło ich jeszcze bardziej niż chrześcijan?

Z tego względu, że chrześcijanie są „Ludem Księgi”, tzn. są wymienieni w Koranie. Jezydzi w Koranie nie są wymienieni. ISIS uznało ich z tego względu za przeznaczonych do eksterminacji.

Siedemdziesiąt ludobójstw

Szokiem było dla mnie, gdy przeczytałem na Waszej stronie, że Jezydzi, w całej swojej historii, padali ofiarami ludobójstwa… siedemdziesiąt razy.

Ale zapisali też na swoim koncie niezwykle chlubną kartę ocalania innych społeczności. Przeszło sto lat temu, na ziemiach ówczesnego Imperium Osmańskiego doszło do ludobójstwa Ormian i Asyryjczyków. Chrześcijańska ludność imperium prowadzona była w tzw. marszach śmierci z terenów południowej Turcji, przez Irak, w kierunku Pustyni Syryjskiej. Tysiące osób zginęły w takich marszach z powodu głodu, chorób, czy z rąk oprawców. I Jezydzi byli jedyną grupą, która ratowała wyznawców Chrystusa.

Gdy marsze przechodziły przez region Sindżaru, Jezydzi, na koniach, zbrojnie odbijali chrześcijan z jasyru i „przygarniali” ich do siebie. Ocalili w ten sposób ok. 20 tys. osób. Ci uratowani chrześcijanie następnie osiedlili się wśród Jezydów, zbudowali tam nawet trzy swoje kościoły, później zresztą spalone przez ISIS. Jezydów i chrześcijan połączyła bardzo mocna więź. Dlatego też, jako chrześcijanin, uważam, że moim obowiązkiem jest pomagać nie tylko chrześcijanom.

Wiem, że pewna wstrząsająca historia, związana właśnie z prześladowaniami Jezydów przez ISIS, stała się dla Pana bezpośrednim bodźcem do włączenia się w pomoc wobec tej społeczności… Czy może Pan o niej krótko opowiedzieć?

Podczas okupacji Mosulu islamiści spalili żywcem dziewiętnaście jezydzkich dziewcząt, które odmówiły współżycia z nimi. Z tego co pamiętam, najmłodsza z nich miała 12 lat, najstarsza 17. Ta historia mną wstrząsnęła. Zastanawiałem się, jak to możliwe, że takie rzeczy dzieją się w XXI wieku, a świat nie reaguje. Ta złość i ten wyrzut sumienia sprawiły, że postanowiłem, że tym, który coś zrobi, będę ja.

Co konkretnie postanowił Pan uczynić?

Zaczęło się od tego, że natrafiłem na artykuł o grupie wolontariuszy z całego świata, którzy pojechali do Iraku, by pomóc atakowanym przez ISIS w obronie ich domostw. Po kilku miesiącach rozmów, sondowania potrzeb i możliwości, podjąłem decyzję, że nie ma co dłużej zwlekać. Pojechałem najpierw do irackiego Kurdystanu, a następnie trafiłem na front. Dostałem karabin, kamizelkę i wyposażenie. Naszym celem była obrona miasteczka Alkusz. Było to największe chrześcijańskie miasteczko niezajęte przez ISIS. Udało nam się je utrzymać do czasu rozpoczęcia irackiej kontrofensywy na Mosul w październiku 2016 r. Podkreślmy tutaj, że nie byliśmy najemnikami. Za swoją służbę nie pobieraliśmy żołdu. Pragnęliśmy jedynie pomóc miejscowym chrześcijanom w obronie ich domów.

Gdy obóz tymczasowy staje się „domem”

Statystyki pokazują jednak, że liczba chrześcijan w Iraku w ciągu ostatnich 20 lat spadła kilkukrotnie. W 2003 r., przed inwazją USA, było ich tam ok. 1,5 miliona. Teraz, choć dane nie są miarodajne, ich liczbę szacuje się na 250-350 tys. Co się stało z resztą?

Większość z tych, którzy mieli taką możliwość, uciekła za granicę. Chrześcijanie, szczególnie Asyryjczycy, mają liczne rozsiane po świecie diaspory, np. w Szwecji. Wielu z nich wyjechało też do Australii, Kanady czy Francji. Wielu jednak utknęło również w obozach dla uchodźców w Jordanii. Ale znam także przypadki osób, które w momencie ataku ISIS wracały do Iraku, by bronić ziemi swych przodków.

W jednym z nagrań na Waszym kanale wspominacie o ludziach, którzy w 2014 r. trafili do „tymczasowych” obozów dla przesiedleńców, mieli tam przeczekać walki przez kilka tygodni, a żyją w obozach już od ośmiu lat. W tym czasie dorosnąć zdążyło całe pokolenie młodych ludzi, którzy nie znają już życia poza obozem…

Ten problem wciąż dotyka obecnie Jezydów, obozów dla chrześcijan już w Kurdystanie nie ma. Nie znaczy to rzecz jasna, że wszyscy chrześcijanie wrócili do swoich domów. Wielu mieszka u krewnych bądź w innych regionach kraju, gdyż ich domy zostały zniszczone.

W obozach przesiedleńczych, rozsianych po całym Kurdystanie, żyją wciąż Jezydzi, którzy w sierpniu 2014 r. uciekli z regionu Sindżaru. I choć w samym Sindżarze jest już dziś względnie bezpiecznie, to ci ludzie często nie mają dokąd wracać. W wielu miejscowościach islamiści metodycznie wysadzali dom po domu. Nagrywali nawet z takich wyburzeń materiały propagandowe, aby pokazać, jak pozbywają się pozostałości innych kultur.

Zresztą, co z tego, jeśliby nawet ocalał sam dom, gdy obok niego nie ma już sklepu, szkoły, przychodni, nie ma żadnych miejsc pracy, a okolica jest zaminowana? Infrastruktura jest odbudowywana, ale niezwykle opieszale. W obozach ludzie nie są u siebie, ale mają przynajmniej częściowy dostęp do podstawowych usług.

Rodzi to zresztą pewne poczucie niesprawiedliwości. Wiele osób zadaje sobie pytanie: „Dlaczego w tyle lat po wyzwoleniu ojczystych ziem te obozy wciąż muszą istnieć? Dlaczego rząd i cały świat robi tak mało, by odbudować nasze domy?”.

Tym, co pozwala jezydom trwać w nadziei, jest często rodzina. Jezydzi, i to akurat bardzo mi się podoba, żyją na ogół w wielopokoleniowych rodzinach w jednym domu, wspierają się wzajemnie. Ale też wielu z nich myśli o wyjeździe z kraju. I to wcale nie jest tak, że oni wierzą, że Zachód czeka na nich z otwartymi rękoma i dostaną tam wszystko, czego dusza zapragnie. Ale sądzą, że cokolwiek ich tam czeka, będzie to lepsze niż ciągła niepewność i brak poczucia bezpieczeństwa.

Po części jest to też kwestia tego, że ta pomoc świadczona w obozach też jest coraz mniejsza. Przez pierwsze 4-5 lat pomoc do nich docierała z całego świata. Gdy jednak kończyły się granty i fundusze, kolejne organizacje charytatywne opuszczały Jezydów. Pozostały nieliczne.

Jak przełamać nieufność ofiar wojny?

Czy stąd się brała początkowa nieufność tamtejszej ludności również względem Was? O tych niespełnionych obietnicach świata wobec obozowych społeczności wspominaliście kilkukrotnie w różnych materiałach…

Podkreślmy na początku, że nie chcę w żaden sposób umniejszać dziennikarzom, którzy licznie odwiedzali obozy w pierwszych miesiącach walk z ISIS. Dzięki ich pracy świat dowiadywał się o trwającym w Iraku dramacie.

Ale spójrzmy też na tę sytuację z perspektywy np. jezydzkich kobiet. Wiele z nich padło ofiarami wielokrotnych gwałtów i handlu ludźmi. Aby opowiedzieć swoje historie dziennikarzom, musiały dokonać w sobie ogromnego przełamania. I często przełamywały się właśnie w nadziei otrzymania pomocy. Gdy później tej pomocy nie otrzymywały, przekładało się na to złe zdanie o ogólnie pojętym „Zachodzie”. Niespełnione obietnice są jedną z najgorszych rzeczy, jakie spotykają ludzi w obozach.

Jak w takim razie Wy zdobywaliście ich zaufanie?

My niczego nie obiecujemy. Gdy ktoś nas prosi o wsparcie, mówimy: „Niczego ci nie obiecujemy. Być może nigdy nie będziemy w stanie ci pomóc. Ale będziemy o Tobie myśleć. Będziemy się starać dotrzeć konkretnie do Ciebie, zrobić coś w Twojej sprawie”. Skala potrzeb jest niestety gigantyczna. Mówimy tu o setkach tysięcy potrzebujących osób. Jak zbudowaliśmy sobie zaufanie tych społeczności? Po prostu – przyjeżdżaliśmy z pomocą.

Skoro jednak skala potrzeb jest tak ogromna, a Wasze możliwości ograniczone, to jak decydujecie komu pomóc?

Skupiamy się na osobach szczególnie narażonych na krzywdę. Kobietach, którym ISIS zamordowało mężów, albo tych, które przebywały u islamistów w niewoli. Są też przypadki osób, które „rokują”, tj. potrzebują niewielkiego wsparcia „na start”, a dalej sobie poradzą.

Oczywiście nie jesteśmy w stanie pomóc wszystkim. Jesteśmy czteroosobową fundacją. Ale współpracujemy też z lokalnymi, małymi organizacjami, które mają rozeznanie na miejscu i są w stanie weryfikować różne potrzeby.

Sami też jesteśmy w kontakcie z miejscowymi już od wielu lat. Jeździmy do nich, śpimy u nich, jemy z nimi obiady, widzimy w jakiej są sytuacji. Nie przychodzimy do miejsc obcych, ale takich, które już znamy.

Pragnę tu też podkreślić, że ludzie w Iraku nie są naciągaczami. Często mówią na przykład: „Ja sobie radzę, ale mój sąsiad jest w gorszej sytuacji”. Sami wskazują osoby, które bardziej potrzebują pomocy.

Jak pomagać, a jak nie pomagać?

Podkreślacie często, że w Waszej działalności koncentrujecie się na tzw. „pomocy rozwojowej”: odtwarzaniu miejsc pracy, infrastruktury, działalności edukacyjnej… Z drugiej strony, przypominacie, iż po prostu nie zawsze da się zaoferować tę przysłowiową wędkę zamiast ryby…

Prośby o pomoc w odtwarzaniu miejsc pracy wychodzą często od samych społeczności. Ze środków, które otrzymują z innych źródeł, np. rzemieślnicy nie są w stanie wyremontować warsztatu czy zakupić narzędzi. W miarę możliwości staramy się na tego rodzaju potrzeby odpowiadać.

Podobnie jest z projektami infrastrukturalnymi. Udało nam się np. opłacić przyłączenie do sieci elektrycznej wioski oddalonej o 2 km od głównej linii. Ale już np. prośby takie jak budowa szpitala znacząco przekraczają nasze możliwości.

Co do zasady, staramy się, by osoby potrzebujące pomocy po naszej interwencji stawały się samodzielne. Na ten moment udało nam się odtworzyć 117 miejsc pracy, kolejne są w trakcie powstawania.

Czy jest jakiś owoc Waszej pomocy, z którego jesteście szczególnie dumni?

Trudno mi wskazać jedną taką rzecz. Na pewno sam fakt, że wciąż istniejemy, działamy, rozwijamy się, jest takim sukcesem. Ale takich chwil budujących jest wiele. Na przykład, gdy dostajemy informację, że osoba, której pomagaliśmy, ukończyła studia.

Jedną z takich osób jest Rania, młoda jezydka. Poznaliśmy ją bodajże w 2016 r. Rania dobrze zna jęz. angielski, pomagała nam więc jako tłumaczka. W kolejnych latach wspomagaliśmy ją finansowo w studiach. Po kilku latach przysłała nam filmik z uroczystości wręczenia dyplomów. To było bardzo piękne. Dziś Rania pracuje w jednej z nielicznych pozostałych w Sindżarze organizacji humanitarnych, pomagając innym. Takich historii znamy oczywiście więcej.

Innemu mężczyźnie, byłemu nauczycielowi WF-u, pomogliśmy w otwarciu baru sałatkowego. Ta niewielka działalność umożliwiła mu przetrwanie czasu po okupacji ISIS. Po kilku latach udało mu się powrócić do nauczania, został też trenerem lokalnej drużyny piłkarskiej, a dwójka jego dzieci poszła na studia. Ten człowiek dziękował nam, mówił, że nasza pomoc pomogła mu w przetrwaniu najtrudniejszego okresu.

W swoich materiałach – tekstach i nagraniach – poruszacie też czasem wątek błędów w pomaganiu, czy tzw. złego pomagania. Jak rozumieć to sformułowanie? Jak nie pomagać potrzebującym? To wiedza, która teraz jest nam szczególnie przydatna także tutaj, w kraju…

Chciałbym zaznaczyć na wstępie, że nie rościmy sobie prawa do monopolu na wiedzę. Dzielimy się co najwyżej naszym doświadczeniem. Podkreślmy też, że za ludzką chęcią pomocy stoją najczęściej jak najlepsze, szlachetne intencje.

Jeśli idzie o pomaganie w krajach odległych od ojczyzny, ważne jest wcześniejsze rozpoznanie. Weźmy przykład zbiórek koców czy odzieży. Koszt transportu tego rodzaju dóbr do Iraku jest ogromny, nawet jeśli one same zostały zebrane za darmo. A tymczasem większość z tych rzeczy można kupić w cenie podobnej do kosztów transportu na miejscu, dodatkowo pomagając w zachowaniu miejsc pracy. W jednej z miejscowości pomogliśmy w otwarciu dwóch sklepików z odzieżą. Jak ich właściciele mieliby konkurować swoimi produktami z dobrami, które dotarłyby tam za darmo? Ci sklepikarze, bankrutując, powiększyliby jedynie grono osób potrzebujących pomocy.

Podobnie jest z narzędziami czy maszynami, stanowiącymi wyposażenie warsztatów. Co z tego, że zawieziemy komuś nowoczesne maszyny, jeśli nie będzie miał do nich części zamiennych ani gwarancji w przypadku awarii? Lepiej, o ile to możliwe, kupić sprzęt na miejscu.

Boża pomoc w pomocy

Co stanowi największą przeszkodę w akcjach pomocowych, które realizujecie? W jednym z nagrań wspominaliście o trawiącej Irak korupcji, wcześniej rozmawialiśmy też o problemie bezpieczeństwa…

Problem korupcji udaje się nam akurat omijać, paradoksalnie właśnie dzięki temu, że jesteśmy niewielką organizacją. Być może nie wszyscy traktują nas poważnie (śmiech). Na pewno naszą siłą w takich chwilach jest to, że działamy punktowo, bezpośrednio w miejscach, które wymagają pomocy. Nie musimy się meldować w urzędach.

Podobnie zresztą jest z kwestią bezpieczeństwa. Dzięki tworzonej przez wiele lat siatce kontaktów wiemy o potencjalnie niebezpiecznych sytuacjach, zanim jeszcze powiedzą o nich media.

Dużą przeszkodę stanowią za to kwestie proceduralne związane z pozyskiwaniem funduszy. Chcieliśmy np. starać się o fundusze unijne, ale, aby spełnić warunek ich przyznania, musielibyśmy wykazać, że wcześniej zbieraliśmy ponad 2 mln euro, czyli niemal 10 mln PLN, rocznie. To kwota poza naszymi możliwości.

Problemem jest również dotarcie do ofiarodawców. Mamy wspaniałych darczyńców, często są to ludzie, którzy oddają nam przysłowiowy wdowi grosz, ale brak nam czasem siły przebicia, aby docierać do kolejnych. Niemniej jednak to również trzeba podkreślić: to nie my pomagamy, tylko Polacy. My jesteśmy jedynie pomostem, dzięki któremu ta pomoc może dotrzeć do dalekiego kraju.

Czy jednak rosyjska inwazja na Ukrainę nie przekierowała uwagi darczyńców? Ilu Polaków gotowych jest pomagać mieszkańcom Sindżaru, gdy kolejne rakiety spadają na Dniepr i Kijów, a nawet na Lwów?

Dostrzegamy takie przekierowanie uwagi, ten strumień pomocy płynący w kierunku naszej organizacji jest nieco mniejszy. Ale też wiele osób wspiera nas w sposób ciągły i one nas nie opuściły. Wreszcie, część osób deklaruje, że pomagają zarówno potrzebującym z Ukrainy, jak i Iraku.

Nie patrzymy też na inne fundacje pomocowe w charakterze konkurencji. Organizacje tego rodzaju powinny ze sobą współpracować i się wzajemnie uzupełniać. Weźmy np. projekt „Rodzina Rodzina”, który realizuje Caritas Polska, a w który też się włączyliśmy.

Wiem, że w dziele docierania do potencjalnych darczyńców wspierają Was licznie katolickie parafie… Sami o swojej działalności też mówicie, że trwa ona „z Bożą pomocą”…

Każdy z nas, członków Orlej Straży, jest człowiekiem wierzącym. Bez woli Bożej realizacja naszej misji nie byłaby możliwa. Możliwość niesienia pomocy innym to duży przywilej. Trzeba mieć czas, poukładane pozostałe aspekty życia i dużo „Bożej cierpliwości”. Naszą przygodę z fundacją zaczynaliśmy praktycznie od zera. Bez Bożej pomocy nic by z tego nie wyszło.

Również wielu naszych darczyńców to osoby wierzące. To oni często idą do swoich proboszczów, opowiadają im o inicjatywie, zachęcają do zaproszenia nas. Na takich spotkaniach staramy się dawać krótkie, rzeczowe świadectwo. Mówimy co jest do zrobienia i co my możemy z tym zrobić, a po mszach zbieramy datki do puszek.

Gdy pojawimy się w jakiejś parafii, jesteśmy przez cały dzień do dyspozycji parafian. Często podchodzą do nas, zadają pytania, odbierają nasze słowa całym sercem. To bardzo budujące, gdy dostrzegamy ich zainteresowanie, gdy widzimy, że udało nam się do nich dotrzeć.

Tags:
IrakIslamPaństwo Islamskiepomoc charytatywnaprześladowaniawywiad
Top 10
Zobacz więcej
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail