Aleteia logoAleteia logoAleteia
niedziela 14/07/2024 |
Aleteia logo
Dobre historie
separateurCreated with Sketch.

Jego życie to dowód na Bożą Miłość. Kiedyś uzależniony, dziś wolny i szczęśliwy

Wojciech Ślaz z rodziną

fot. arch. prywatne Wojciecha Ślaza

Wojciech Ślaz z rodziną

Katarzyna Szkarpetowska - 10.04.23

Po powrocie z rekolekcji odstawiłem alkohol i papierosy, ograniczyłem marihuanę, stałem się pobożny, ale to wszystko nie wynikało z miłości do Pana Boga, tylko z lęku przed potępieniem – mówi Wojciech Ślaz, ewangelizator i pielęgniarz.

Katarzyna Szkarpetowska: Kochałeś siebie, gdy byłeś nastolatkiem?

Wojciech Ślaz: Zdecydowanie nie. Zgrywałem człowieka twardego, a tak naprawdę miałem o sobie niskie mniemanie, czułem się do niczego. Wyznacznikiem własnej wartości stała się dla mnie opinia innych ludzi, w związku z czym szukałem u nich akceptacji.

Jakie to było szukanie?

Rozpaczliwe, po omacku, związane z myśleniem, że na uznanie i miłość trzeba zasłużyć, zapracować. To oczywiście było m.in. pokłosiem tego, co działo się w moim domu rodzinnym. Tata nadużywał alkoholu, nasze relacje nie były w tamtym czasie najłatwiejsze. Dziś to już za nim, nie pije, ale wtedy miał trudniejszy okres w życiu.

Żeby odreagować sytuację rodzinną, zaspokoić głód uznania, bycia przyjętym, wdałem się w złe towarzystwo. Sięgnąłem po używki. Przez wiele lat byłem uzależniony od alkoholu, marihuany i nikotyny. Uwikłałem się też w grzech pornografii, który odbierał mi poczucie godności. Przez nałogi, w których tkwiłem, miałem trudności z nawiązywaniem i utrzymywaniem relacji. Na przykład gdy spotykałem się z jakąś dziewczyną, to nasz związek trwał nie dłużej niż dwa tygodnie. Alkohol, marihuana i pornografia przysłaniały mi wszystko, co wartościowe.

Gdy miałeś siedemnaście lat, pojechałeś na rekolekcje, które co prawda otworzyły cię na rzeczywistość duchową, ale nie wniosły do twojego życia zmiany, której potrzebowałeś.

To były tygodniowe rekolekcje, które prowadził ksiądz egzorcysta. Odbywały się na całkowitym odludziu, w domu rekolekcyjnym w Siedlanowie na Podlasiu.

Przypadkowo byłem świadkiem egzorcyzmu sprawowanego nad pewną dziewczyną, uczestniczką rekolekcji. Kilka dni wcześniej dała się poznać jako skromna i cicha. Wszedłem do szatni po rękawiczki czy czapkę, bo to była zima, a z  pokoju obok, w którym odbywał się egzorcyzm, dochodził przerażający ryk. Wiedziałem, że to nie jest ludzki głos. Przeszły mnie dreszcze. Tamto doświadczenie utwierdziło mnie w przekonaniu, że rzeczywistość duchowa naprawdę istnieje.

Po powrocie z rekolekcji odstawiłem alkohol i papierosy, ograniczyłem marihuanę, stałem się pobożny, ale to wszystko nie wynikało z miłości do Pana Boga, tylko z lęku przed potępieniem i szatanem, którego dane mi było usłyszeć. A ponieważ nawrócenia motywowane lękiem są nietrwałe i kruche, to w krótkim czasie, mniej więcej po miesiącu, nałogi powróciły. Może w mniejszym stopniu, ale jednak. Dalej też zmagałem się z brakiem akceptacji siebie, poczuciem, że niewiele znaczę. I tak żyłem: od spowiedzi do grzechu, w napięciu, w strachu przed Bogiem, którego uważałem za surowego policjanta, który tylko czeka na moje potknięcie.

Po wielu latach od wspomnianych rekolekcji trafiłem na książkę, z której dowiedziałem się, że istnieje Duch Święty. I dopiero wtedy się zaczęło (śmiech).

Co takiego się zaczęło?

To była książka o. Jamesa Manjackala. Po jej przeczytaniu zacząłem szukać w internecie artykułów i filmów o Duchu Świętym, o charyzmatach, o Słowie Bożym, które jest żywe. Zapisałem się na rekolekcje prowadzone przez o. Jamesa. Czekałem na nie z wielką nadzieją w sercu. Gdy się rozpoczęły, Pan Bóg zadziałał z wielką mocą. Ja na tych rekolekcjach otrzymałem nowe serce i nowe życie.

Zostałem definitywnie uwolniony od nałogu alkoholu, palenia papierosów i pornografii. To nie było jakieś połowiczne uwolnienie, ale stuprocentowe. Od tamtej pory nie miałem do czynienia z żadnym z tych uzależnień! Łaska Boża dotknęła także moje małżeństwo. Zacząłem dostrzegać potrzeby żony, których wcześniej nie zauważałem, gdyż byłem skoncentrowany wyłącznie na sobie i swoich potrzebach.

Sześć lat temu twoja żona i ty adoptowaliście synka, Marcela.

Tak. Mieliśmy trudności z poczęciem własnego dziecka. Podejmowaliśmy próby leczenia, ale za każdym razem okazywały się bezskuteczne. Lekarze zasugerowali nam zapłodnienie metodą in vitro, ale nie zgodziliśmy się. Podjęliśmy decyzję o zapisaniu się na kurs adopcyjny, który poprzedza adopcję. Kurs ten, sam w sobie, okazał się dla nas wielkim błogosławieństwem. Nie tylko poruszał wiele zagadnień związanych z samą adopcją, ale też budował naszą więź małżeńską.

Poznaliśmy Marcelka, gdy miał sześć tygodni. Gdy tylko wziąłem go na ręce, od razu poczułem, że chcę być jego tatą. Rozkochał nas w sobie od pierwszego wejrzenia. To ogromna radość, że z nami jest.

Trzy lata po tym, jak adoptowaliście Marcela, urodziła się wam córeczka, Marysia.Z medycznego punktu widzenia było to niemożliwe.

Z medycznego – tak, ale Pan Bóg sprawił cud. Gdy Marcel już z nami zamieszkał, zapisaliśmy się w ośrodku adopcyjnym na kolejny kurs, otwierający drogę do adopcji kolejnego dziecka. Ja już wtedy należałem do wspólnoty Boży Pokój w Wołominie. Podczas jednego z niedzielnych Wieczorów Chwały, które nasza wspólnota współorganizuje, padły słowa, że Pan Bóg uzdrawia z niepłodności. Całym sercem uwierzyłem, że te słowa są kierowane do mnie. Niecały miesiąc później okazało się, że żona jest w ciąży, a szacowany przez ginekologa termin poczęcia to… owa niedziela uwielbienia (uśmiech).

Bycie we wspólnocie daje ci siłę?

Bycie we wspólnocie daje mi życie! Myślę, że gdyby nie wspólnota, zmarnowałbym owoce tego, co otrzymałem od Pana Boga. Być może dałbym się też przekonać światu, że warto wrócić do dawnych przyzwyczajeń i nałogów. Bo otrzymać łaskę od Pana to jedno, zaś podtrzymywać ją ogniem wiary – to drugie. A wspólnota ten ogień w moim sercu podtrzymuje.

Wspólnota to też piękne relacje, przyjaźnie, braterstwo… Przykład z wczoraj: gdy Jacek Piotrowicz, lider wspólnoty, powiedział, że chcesz przeprowadzić ze mną wywiad, zacząłem szukać wymówki. Stwierdziłem, że nie mam czasu i odwagi. A Jacek na to: „Czas i odwaga należą do Pana”. I to jedno zdanie mnie przekonało. I dziś mam radość, że rozmawiamy.

Na co dzień pracujesz jako mobilny pielęgniarz, świadczysz usługi pielęgniarskie w domach swoich pacjentów. Lubisz to, co robisz?

Bardzo, chociaż jako dziecko, a później nastolatek nie przejawiałem zainteresowania zawodami medycznymi. Byłem ostatnią osobą, która chciałaby mieć do czynienia z krwią. Pochodzę z małej miejscowości, a na wsi – jak wiadomo – czymś naturalnym jest, że zabija się kurę na rosół czy świnkę na kiełbasę. Zawsze gdy widziałem, że taka akcja szykuje się w domu, starałem się schować, żeby – po pierwsze: nie patrzeć na to; po drugie – nie zostać zaangażowanym do pomocy (śmiech). A dziś świetnie pobieram krew i pocieszam tych, którzy się tego boją. Praca jest moją pasją. Cieszę się, że Pan Bóg posyła mnie do ludzi, których – gdyby nie zawód, który wykonują – prawdopodobnie nigdy bym nie spotkał.

Ewangelizujesz w pracy?

Zdarza się (uśmiech). Nie tylko rany fizyczne potrzebują zaopiekowania. Rany duchowe – również. Ludzie potrzebują usłyszeć o najlepszym Lekarzu, jakim jest Jezus.

Tags:
ewangelizacjanawróceniewiara
Top 10
Zobacz więcej
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail